Nibyspowiedź prezesa

Józef Wancer, prezes Banku BPH, wyspowiadał się. Na łamach “Pulsu Biznesu”. Przypomnijmy: Wencer to bankier powszechnie uważany za promotora Katarzyny Niezgody, do niedawna wiceprezes banku Pekao SA, a prywatnie nadal partnerki Tomasza Kammela, byłego prezentera TVP i udziałowca w firmie Sparrow, która robiła szkolenia dla Pekao. Para miała zarobić na tych szkoleniach miliony złotych, a cała sprawa zyskała już nawet miano afery Kammelgate.
Teraz Józef Wancer przerwał milczenie i wyspowiadał się w gazecie biznesowej. Od razu zauważmy, że nie jest to spowiedź zbyt szczera. Nie ma tu ani wyznania winy, ani żalu, ani chęci poprawy. Jest pretensja do eks-wiceprezes Niezgody, że ukrywała przed spowiadającym się prywatno-biznesowe związki z Kammelem.
Doprawdy, taka spowiedź może dziwić, bo graniczy z naiwnością. Blaski i cienie związku Niezgody i Kammela to od lat tajemnica poliszynela.

Panie prezesie! Nie trzeba przebijać się przez raport giełdowe, portale finansowe i gazety biznesowe z najważniejszych rynków świata, by znać prywatno-biznesowe smaczki osób pośrednio i bezpośrednio powiązanych z sektorem bankowym. Ot, wystarczy raz na jakiś czas zajrzeć na portal plotkarski. Polecam Pudelek.pl.
Notabene dziś znów znaleźć tam można najnowsze doniesienia z życia Katarzyny Niezgody i Tomasza Kammela.

Socekonomia według “Gazety Wyborczej”

Doprawdy nie wiem, co się stało z działem gospodarczym “Gazety Wyborczej”. Świętujący 20-lecie dziennik dość znacząco przebudował zawartość gazety. Niestety, zmiany objęły także kolumny gospodarcze.
Nie wiem, czy to efekt przemyślanej strategii wydawcy, czy owoc zwolnień grupowych w Agorze, ale w ostatnich tygodniach rubryki gospodarcze “Gazety” prezentują się wyjątkowo słabo. Nacisk położono na wątki socjalne, które zapewne mają wzmocnić nadzieję czytelników odczuwających kryzys, ale dzieje się to niestety kosztem jakości informacji w dziale gospodarczym.
Być może po akcjach społecznych “Rodzić po ludzku” i “Umierać po ludzku”, które złośliwi nazywali odpowiednio “Rodzić z Gazetą” i “Umierać z Gazetą”, wydawca promuje kolejną - “Przetrwać kryzys po ludzku”. Efekt - od wartości merytorycznej po layout - jak na razie jest jednak mizerny. Doprawdy, porady dla Kowalskiego i Polski od prezesów Capital Strategy i BZ WBK, doradcy PriceWaterhouseCoopers czy partnera Ernst & Young są po prostu bałamutne.
Jedynym tekstem, który ma głębszy sens, jest dziś wywiad z ojcem Wiesławem Dawidowskim, augustianinem, który przekonuje, że nie wszyscy umieją pomnażać pieniądze.
A skoro już o. Dawidowski został autorem ekonomicznym “Gazety”, może warto, by kierownictwo dziennika i działu ekonomicznego poprosiło go o modlitwę o cud - cud przemiany w dziale gospodarczym “Gazety Wyborczej” - przemiany wody w wino.

Podwyżką w abonenta

Wojna cenowa na rynku platform cyfrowych dobiega końca - wieszczy prasa. Operator Cyfry Plus, jako pierwszy zdecydował o podwyżce  cen usług. Wprawdzie dwaj pozostali konkurenci deklarują, że nie planują podwyżejk, ale zaraz dodają, że mają w kapeluszu wszystkie możliwe scenariusze.
Trudno się nawet dziwić, że operatorzy realizują lub dopuszczają podyżki cen. Jak potwierdzają badania z różnych rynków, w tym z polskiego, w dobie kryzysu widzowie więcej niż zwykle czasu poświęcają na oglądanie telewizji. A z tego operatorzy mogą wyciągnąć wniosek, że skoro widz płaci mniej za więcej to warto zajrzeć mu do kieszeni i wcisnąć swoją rękę.
Kryzys do dobry pretekst również, a może przede wszytkim, do skubania konsumentów. Chyba najdobitniej pokazują to banki przez “wymuszanie” na klientach wykupienia dodatkowych ubezpieczeń od utraty pracy. Być może operatorzy platform nie chcą być w tyle.
Coś mi się zdaje, że wojna cenowa na rynku telewizji satelitarnej nie dobiega końca, jak podają media. Wojna trwa. Tylko przeciwnik się zmienia - to już nie tyle najbliższy konkurent, co najbliższy sercu (jak podkreślają w reklamach operatorzy platform) abonent.

Kryzys wszystko tłumaczy

Słowo kryzys jest dziś co najmniej tak popularne jak pod koniec epoki towarzysza Gierka. Firmy zwalniają pracowników, bo kryzys. Tym, co zostali “na zakładzie”, proponują w mało wyrafinowany sposób obniżki pensji, bo kryzys. Tanieją mieszkania, bo kryzys. Drożeją mieszkania, bo kryzys. Nie kupujemy za dużo nowych aut, bo kryzys. Nawet przy okazji organizacji 20-lecia 4 czerwca 1989 r. okazało się, że mamy kryzys od Gdańska po Kraków.

Wystarcza otworzyć dzisiejsze dzienniki, by zauważyć, że smok kryzysu nadal zieje ogniem. “Gazeta Wyborcza”: W walce o klienta operatorzy telekomunikacyjni nie przebierają w środkach. Coraz częściej stosują reklamę porównawczą. Te agresywne posunięcia wymusza kryzys. “Rzeczpospolita”: Hazard dorzuci się na infrastrukturę Euro 2012, bo kryzys. I dalej: Sprzedaż gazet spada. W I kwartale sprzedaż dzienników skurczyła się o 7 proc. Wydawcy szukają nowych źródeł przychodów - wiadomo: kryzys. “Puls Biznesu”: Eksperci zachęcają, by mimo kryzysu nie ciąć wydatków na reklamę i promocję. Lepiej przetrwać kryzys ze znanym i dobrym produktem. “Gazeta Prawna”: Sieć handlowa Żabka wejdzie na rynek supermarketów. Firma stawia na nowe usługi i duże sklepy. To jej recepta na przetrwanie kryzysu.
I tak dalej, i tak dalej.
Kryzys wszystko dziś tłumaczy. Jak za Gierka. Nawet to, że ten wpis jest być może zbyt krótki. Chyba że, zacytujmy “klasyka”: “Pomożecie? No!”.

Kochamy polskie seriale latem

Wiosna ledwo przyszła, a już boję się lata. Boję się, że najwięksi nadawcy TV zrobią latem to, co robią zwykle - zafundują nam powtórki swoich sztandarowych produkcji, czyli ulubionych seriali dyrektorów poszczególnych anten. A wysoka temperatura powietrza plus megapiguła serialowa przez całe wakacje może, jeżeli nie zabić, to co najmniej doprowadzić do dłuższego omdlenia. W tym roku taki pogodowo-telewizyjny koktajl letni może być wyjątkowo niebezpieczny, bo i seriale pokazywane wiosną miały swój unikatowy rys - w przeważającej (i przerażającej) większości były to, użyję eufemizmu, nie najlepsze produkcje. Wiem, wiem kryzys i trzeba oszczędzać. Ale dlaczego głównie kosztem scenarzystów?
Dla leniwych przygotowałem subiektywny minizestaw nowych seriali, których szczególnie warto unikać latem i potem. W nawiasach, dzięki uprzejmości AGB Nielsen Media Research, podaję wyniki tych produkcji w marcu i kwietniu br. - odpowiednio: średnia liczba widzów; udział w rynku widowni; wpływy z reklam w blokach wokół filmu. Każdą z tych liczb można traktować jako “współczynnik strachu” - im większa, tym większy lęk, że nadawca naprawdę znów pokaże dany serial latem.
A dla bardzo leniwych księgowych podsumujmy w mig: największa widownię miał serial “M jak miłość”, udziały w widowni - “M jak miłość” i “Doręczyciel”, wpływy z reklam - “Pierwsza miłość”. Latem nie słońca, a wytrwałości życzę!

“39 i pół” (TVN 2,3; 16,5; 15) - W pierwszej serii tytuł oznaczał wiek głównego bohatera, w drugiej znacznie podwyższoną temperaturę widza. Historia sympatycznego chwilami Darka Jankowskiego niebezpiecznie szybko prze w stronę “przygód” zblazowanych bohaterów “Teraz albo nigdy”.

“Barwy szczęścia” (TVP2, 4,7; 30; 20) - Bez wątpienia kolejny, po “Złotopolskich”, “M jak miłość” i “Na dobre i na złe”, hit oferty TVP w kategorii “atrakcyjna letnia reemisja”. Latem już lepiej po raz kolejny obejrzeć w DKF-ie “Barwy ochronne” Zanussiego.

“Doręczyciel” (TVP1, 4,6 ;37,2 ;3) - Grafik przygotowujący czołówkę pomylił się - w oryginale tytuł miał brzmieć “Dręczyciel”. Główny bohater serialu, którego gra Artur Barciś uosabia wszystkie wcześniejsze role filmowe Barcisia - jest więc i kaleką ze “Znachora”, i wielką niewiadomą z „Dekalogu” Kieślowskiego, i bohaterem “Miodowych lat” w jednym. Letnia gratka dla miłośników talentu pana Artura.

“Pierwsza miłość” (Polsat, 2,5; 21,3; 29) - W odcinku 901 Karol jest zazdrosny o żonę. Dochodzi do wniosku, że Paweł jest dla niego konkurencją i postanawia się go pozbyć. Anna chce zapomnieć o Bartku. On jednak nie zamierza się łatwo poddawać. Jest gotów o nią walczyć. Kinga jest pewna, że Błażej i Ola znają tożsamość dilera narkotyków. Chce, by wydali go policji. Kto nie zapamiętał - zrobi to latem. Polsat mu w tym pomoże.

“Synowie” (Polsat, 1; 10,2; 1,8) - Sam mam syna, więc o “Synach” trudno mi pisać źle. Wyniki produkcji mówią wszystko, nie ma co kopać leżących. Latem “Synów” pożegnamy. Przed dłuższym wyjazdem do stacji Polsat 2.

“Tancerze” (TVP2, 2,0;14,2;3,3) - Próba przerobienia komercyjnego “Tańca z gwiazdami” na serial fabularny w telewizji utrzymywanej ciągle z abonamentu. Katarzyna Cichopek, jedna z aktorek produkcji, zwierza się w kolejnych wywiadach, że ciągle nie może przyzwyczaić się do peruki blond. Nikt się nie może przyzwyczaić, a latem włosy blond rozjaśniają się na słońcu jeszcze bardziej, więc nam telewidzom będzie jeszcze trudniej.

“Teraz albo nigdy” (TVN, 2,4; 18,1; 10) - Tytuł miał brzmieć “Nigdy w życiu!”, ale niestety, był już zarezerwowany dla innego hitu. Z trzeciego sezonu zapamiętamy, że w czasie przeprowadzki najlepiej pakować się w pudełka z logo firmy Apart. I na koniec najsmutniejsza wiadomość: TVN pracuje już nad czwartą serią tej produkcji.

Banki z rękami w naszych kieszeniach

Globalny kryzys gospodarczy przynagla banki, by szukały oszczędności, czyli poszły śladem firm z innych sektorów. Sęk jednak w tym, że banki, zgodnie ze swoją wieloletnią tradycją, pieniędzy szukają przede wszystkim poza swoimi placówkami - w kieszeniach klientów.

Wiele podręczników ekonomii przekonywało już wcześniej, że banki to “państwo w państwie”, ale niewielu się tym specjalnie przejęło. A przecież niektórym praktykom bankowym i u nas bliżej do lichwy znanej z powieści Dostojewskiego, niż do nowoczesnej oferty wspartej przemyślaną strategią marketingową. Nawet drobne ruchy antyklienckie - ot, choćby ostatnie posumnięcie MIllennium, gdzie od maja klienci banku nie będą mogli tanio wypłacać gotówki z bankomatów Euronetu - w przyszłości, i to pewnie niedalekiej, obrócą się przeciwko bankom.  O pomysłach niektórych instytucji finansowych, by kredyty klientów indywidualnych obciążyć jeszcze dodatkowo co najmniej kilkutysięcznymi “ubezpieczeniami” lepiej nie wspominać, bo po co denerwować się na progu nowego tygodnia spowolnienia.

Wielu Polaków ma za sobą depresję spowodowaną rozmowami z bankami na temat kredytów hipotecznych - i to nie tylko w dobie kryzysu. Sam pamiętam rozmową z jednym z największych graczy rynku bankowego, w której przedstawiciel instytucji przekonywał mnie, że by otrzymać (niekorzystny zresztą) niewielki kredyt hipoteczny muszę “w zastaw” zaoferować dotychczasowe mieszkanie, dom rodzciów, dwa samochody, pralkę, lodówkę i psa.

Klient nie jest dla wielu banków najistotniejszy. To drugi, trzeci plan. Nawet okienko dla VIP-ów obsługiwanych bez kolejki jest przecież ukłonem nie w stronę właściciela zasobnego portfela, ale wyłącznie w stronę jego zasobnego portfela właśnie.

Teoretycznie, kryzys powinien spowodować wysyp atrakcyjnych ofert finansowych, by przyciągnąć klientów, a osczędzać powinno się na papierze do ksero, spinaczach i kawie. Ale tylko teoretycznie. Dziś bank nie wyciąga ku nam dłoni na powitanie. Zanim się przywita, jego dłoń już ląduje w naszej kieszeni.

Krzyż, gwiazda, półksiężyc i “Gazeta Wyborcza”

Jakieś mieszane uczucia mną zawładnęły, gdy między gazetami zobaczyłem pierwszy tom Biblii wydany przez Agorę, właściciela  “Gazety Wyborczej”. Niby nie jest to debiut tego typu projektów na polskim rynku - przypomnieć wystarczy niedawną ilustrowaną Biblię “Faktu” i wydawnictwa Axel Springer Polska - ale coś mi nie pasuje.

Pomysł wydawcy “Gazety Wyborczej” jest zdecydowanie szerszy niż innych oficyn. “Po raz pierwszy w Polsce w jednej serii ukazują się Święte Księgi chrześcijaństwa, judaizmu i islamu” - chwali się Agora na łamach swojego dziennika.

Niby wydanie przygotowane jest “po bożemu” - co w tym wypadku znaczy w porozumieniu z dostojnikami trzech wyznań (a nie trzech Kościołów, jak błędnie napisano w “Gazecie Wyborczej”), ale trąbienie wokół, że Księgi “po raz pierwszy razem” to lekka przesada. Wszystkie te Pisma, jeśli coś mają wspólnego w edytorskiej wersji Agory, to jedynie koncepcję graficzną okładek. Po prostu ładnie będą wyglądać na półce razem - będzie krzyż, gwiazda i półksiężyc obok siebie. Jak na koszulce Bono, lidera U2. I tyle  - świat chrześcijaństwa, judaizmu i islamu to różne światy - niezależnie od tego, w jaki sposób wydawcy będą sprzedawać nam Najważniejsze Księgi.

Nie chcę być źle zrozumiany. Warto być bliżej siebie, poznawać wzajemnie swoje racje, obrzędy i zwyczaje. To ważniejsze, a często w Polsce zaniedbywane, zadanie dla wydawców gazet codziennych niż publikowanie ksiąg religijnych.

Można sobie wyobrazić, że przy dobrej sprzedaży, Agora, przedłuży serię np. o tybetańską księgę umarłych i Księgę Mormona i zareklamuje serię “Po raz pierwszy w Polsce pięć Ksiąg razem”. Ale świata to nie zmieni, nawet, gdy edytorzy będą mieli wyłącznie dobre chęci. Nie był, nie jest i nie będzie czarno-biały.

A propos religii - przy okazji zbiżających się kwietniowych  świąt - ważnych dla chrześcijan, wyznawców judaizmu, a i z uwagą obserwowanych przez świat isalmu - życzę wszystkiego dobrego. Wydawcom gazet i  Świętych Ksiąg również.

Bojkot plus hity, czyli bigos

I znów artyści mają głos. Media, z “Gazetą Wyborczą” na czele, rozreklamowały ostatnio list ludzi filmu i teatru, jako autorytetów wzywających do bojkotu TVP. Krzysztof Krauze, reżyser “Długu” i “Placu Zbawiciela”, zaproponował aby na dzień bojkotu wybrać święto narodowe 3 maja. Inni artyści scen oraz ekranów małych i dużych ochoczo mu przyklasnęli. Pomysł bojkotu ma być sprzeciwem wobec neonazistów i wszechpolaków w kierownictwie telewizji publicznej.
Na ripostę TVP nie trzeba było długo czekać. Nadawca zapowiedział, że w związku z planami bojkotu, w dniu kiedy ma nastąpić jego kulminacja, przygotuje wyjątkowo dużo hitów.
Oba pomysły na “majowy przewrót ramówkowy” - i artystów, i obecnych władz TVP - wyraźnie pokazują, że nowych managerów dla Telewizji Polskiej należy szukać poza tymi grupami. Ani akcje artystów, do których przyzwyczaili nas w mrokach PRL-u, ani wymuszona, przypadkowa ingerencja w ramówkę mediom publicznym, czyli, przepraszam za frazes, naszym, się nie przysłuży. A protest artystów tak wpłynie na światopogląd Piotra Farfała, jak lektura jego wczesnych utworów na twórczość Krzysztofa Krauzego.
Z drugiej strony - jak bojkotować to nie tylko od święta, skoro dzięki temu stacje TVP mogą mieć wreszcie mocne, hitowe ramówki. W każdym miesiącu roi się przecież od rocznic narodowo-wyzwoleńczych więc warto protest rozszerzyć. Mamy w tym niemały staż.
W styczniu bojkotujmy TVP w rocznicę wybuchu powstania styczniowego lub w Dzień Babci, w lutym w Walentynki, w marcu - wiadomo. W kwietniu uczcijmy antyczny Prima Aprilis. W ogóle kwiecień był kiedyś miesiącem książki czyli konkurencji telewizji - warto to przypomnieć bojkotem.
W maju trzymajmy się propozycji Krauzego. W czerwcu najlepiej bojkotujmy TVP kilka razy: 1. z okazji Dnia Dziecka, 4. z okazji rocznicy wyborów w 1989 r. i 29., bo wtedy imieniny obchodzi Piotr Farfał. W lipcu dobrym pretekstem do protestów jest rocznica bitwy pod Grunwaldem, a w sierpniu wybuchu Powstania Warszawskiego i porozumień sierpniowych. Początek II wojny światowej uczcijmy należytym bojkotem. I start nowego roku szkolnego też. Październik to pamięć o końcu Powstania Warszawskiego. Listopad to oczywiście powstanie listopadowe. W grudniu nic tak nie dokuczy sprawcom stanu wojennego jak bojkot TVP w 13 dniu miesiąca. Warto też protestować w pierwszy i drugi dzień Bożego Narodzenia. I w Sylwestra też.
W ogóle chyba warto w projekcie nowej ustawy medialnej zapisać by pulę dni bojkotu mediów publicznych, a może i wszystkich elektronicznych, stale zwiększać, tak aż wypełnimy cały roczny kalendarz i spokojnie zamiast zapraszać do domu bohaterów “Rancza” i prowadzących “Wiadomości” albo ich konkurentów, postawimy na rodzinę - na przykład na wspólny wieczorny nordic walking. Chociaż nie - rodzinne spędzanie czasu za bardzo kojarzy się z Ligą Polskich Rodzin, czyli i z Piotrem Farfałem. Ale zawsze coś się wymyśli - jakieś piwko, jakiś brydż lub grillowanie.