Piłkarski burdel szuka sponsora
Wystartowała ekstraklasa. Rozpoczęła bez sponsora, a w światku piłkarskim krążą rozmaite plotki o tym, kto miałby wyłożyć ciężkie pieniądze, by nadać rozgrywkom swoją nazwę. A ja zachodzę w głowę, po co ktokolwiek miałby wydać złamany grosz na psucie wizerunku swojej marki?
W czasach, kiedy najwyższy szczebel rozgrywek w Polsce nosił miano Orange Ekstraklasy, wśród kibiców była ona synonimem najgorszego dna i korupcji. Podobnie w mediach. Nazwa Orange pojawiała się głównie w towarzystwie informacji o „korupcji w klubach Orange Ekstraklasy” bądź „kolejnym fatalnym występie reprezentanta Orange Ekstraklasy w europejskich pucharach”. Dziennikarze komentujący wyjątkowo kiepski mecz w Lidze Mistrzów bez oporów drwili, że wygląda to „niemal tak fatalnie jak w Orange Ekstraklasie”.
Polskie kluby odpadały z europejskich pucharów już jesienią albo jeszcze latem. Słyszeliśmy zachwyty nad „wielką Wisłą”, która miała podbić Europę, a wywracała się na przedstawicielach lig gruzińskiej i norweskiej. Legendę budowało to, że kiedyś coś raz wyszło z Schalke w pucharze pocieszenia UEFA. Inne kluby wypadały jeszcze gorzej, dostając baty z Mołdawianami i Litwinami. Nie mogło zresztą być inaczej, kiedy piłkarze na co dzień udający grę w ułożonych i sprzedanych meczach w lidze zderzali się z kimś, kto wyszedł na boisko bezczelnie walczyć o lepszy wynik.
I nie było to dla nikogo zaskoczeniem. Wiedzieli o korupcji działacze, piłkarze, sędziowie, a nawet właściciele klubów. Wiedzieli i kibice, licząc nie wiadomo na co. Do dziś brzmią mi w uszach słowa jednego z piłkarzy mistrza kraju z lat 90. (reprezentanta Polski), który bez żenady przyznał, że drużyna kupiła wszystkie mecze oprócz spotkań z bezpośrednim rywalem do mistrzostwa (też chciała go kupić) i spadkowiczem (zbyt słaby, nie warto było płacić). I myślą Państwo, że ktokolwiek wszczął postępowanie w tej sprawie?
Orange Ekstraklasa była przedmiotem żartów i narzekań, synonimem najniższego poziomu, korupcji i oszustw. Nie wiem, czy dała marce Orange to, czego oczekiwano. Biorąc pod uwagę ewakuację marketera przy pierwszej okazji i pod byle pretekstem, firma zdawała sobie sprawę z tego, że towarzystwo raczej ją obciąża. Co zabawne, to działacze piłkarscy uważają, że zrezygnowali z Orange, bo zaniżała ona ofertę, a „polski futbol jest atrakcyjnym produktem”. Naprawdę tak twierdzą.
Dziś, w chwili kiedy ekstraklasa stara się pozyskać nowego sponsora, działacze odstawili jeszcze większą szopkę. Na dzień przed oficjalnym startem nie wiadomo było, kiedy rozpoczną się rozgrywki, nikt nie wiedział nawet, kto w nich ostatecznie zagra, a nawet ile drużyn wystartuje. Ba, nie wiadomo tego nadal, już po starcie rozgrywek. Kilka klubów złożyło odwołania i może jeszcze wrócą. Decyzje (sprzeczne) podejmowały dwa różne ciała. W kuluarowych rozmowach sami działacze ekstraklasy i PZPN mówili bez ogródek „ale burdel…”.
Panowie, to nadmierny komplement. Rynkową zasadą działania każdego burdelu jest dostarczanie przyjemności klientom. Wasz produkt dostarcza tej przyjemności w stopniu umiarkowanym…
Można się oszukiwać, że nie jest tak źle jak przed laty. Nasi piłkarscy gangsterzy nabrali nieco ogłady. Nie dochodzi już wszak do sytuacji, w której piłkarze z trenerem wożą prezesa w bagażniku samochodu, by zmiękł i zechciał im wypłacić zaległe pensje. Nie pojawiają się w ekstraklasie prezesi, którzy nie podają rąk czarnoskórym piłkarzom w obawie przed AIDS (kiedyś norma). Nie zmienił się, a nawet obsunął tylko sportowy poziom. No i korupcja.
I kiedy słyszę o wartości marki, jaką ma mieć Ekstraklasa, rzekomo warta aż 60 mln zł za 3 lata (dwukrotnie więcej niż poprzednio), zadaję sobie pytanie, kto i w jakim celu ma te pieniądze wyłożyć? By stać się pośmiewiskiem i synonimem totalnego dna jak w przypadku Orange? Czy władowaliby Państwo swoje pieniądze w coś podobnego, dodając do tego swoje imię?
