Podłącz sobie internet

Po spadku cen laptopów czy obniżkach w salonach samochodowych przyszedł czas na internet. Jak podaje dzisiejsza “Rzeczpospolita”, w ciągu roku ceny dostępu do sieci spadły o jedną czwartą. Jak wynika z badań SMG/KRC, z sieci korzysta już 45 proc. Polaków powyżej 15. roku życia. Oczywiście możemy spodziewać się wzrostu internautów.

W grze są nie tylko operatorzy telekomunikacyjni, ale i telewizje kablowe czy sieci komórkowe kuszące nas superofertami. I takie przeceny chyba się opłacają, bo jak zapewniają spece od internetu, dzięki takim zabiegom zdobywają coraz więcej klientów. Bo kto dzisiaj nie ma internetu? A że jeszcze jest tak tanio, to zdecydowanie trzeba korzystać. Warto dodać, że w Polsce do sieci podłączonych jest ok. 42 mln komórek, a dużo ofert internetowych “doczepianych” jest właśnie do pakietów telekomunikacyjnych. Grzechem byłoby nie skorzystać. Czy internet całkowicie zawładnął sercami Polaków?

Turysto, stań na wagę

Jak podaje dzisiejsza “Rzeczpospolita” z taką właśnie prośbą zwrócili się pewni ankieterzy na warszawskim Okęciu do pasażerów, którzy chcieli wylecieć na wymarzony urlop. Powód? Badanie, zlecone przez Europejską Agencję Bezpieczeństwa Lotniczego (EASA), ma określić masę samolotów i ich odpowiednie wyważenie (chodzi o bezpieczeństwo podróżowania).
Tylko nie pomyślmy sobie, że jest to nasz, polski, wymysł. Podobne badania są przeprowadzane są m.in. w Niemczech, Holandii, Grecji czy Wielkiej Brytanii.

I wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą. Taka inicjatywa może zachęcić nas do podróżowania liniami lotniczymi, bo przecież można się zważyć za darmo. A wszyscy wiemy jak takie chwyty działają na naszych rodaków. Pewnie z samej ciekawości - jak proces ważenia ludzi odbywa się na terminalu - jesteśmy w stanie zafundować sobie wycieczkę do Egiptu i dać się zważyć. W porządku, tylko co z tymi turystami, którzy mają lekką nadwagę, a nie wiedzą o takich badaniach? Czy tak łatwo staną przed setkami ludzi na wagę?

Droga ta olimpiada

Olimpiada w Pekinie jeszcze się nie zaczęła, a koszty jej przygotowania - jak podaje dzisiejsza “Rzeczpospolita” - wynoszą już 22 mld dolarów. A to jeszcze nie koniec. Kilka dni temu na ulice Pekinu wylęgło się ponad… 40 mln kwiatów doniczkowych, które mają upiększyć miasto. Być może jest to pewien sposób zadośćuczynienia dla kibiców, turystów i samych sportowców za ten smog unoszący się w stolicy Państwa Środka?

Ta suma wydaje się kosmiczna, tym bardziej że początkowo zamierzano na imprezę wydać ok. 1,6 mld dol., a zysku miało być 27 mln, jednak na dziesięć dni przed rozpoczęciem igrzysk nikt o zyskach nie wspomina. Bo nie ma po co. Ale nie w tym rzecz. Chiny dzięki imprezie chcą otworzyć się na świat. Jestem przekonany, że zależy im także na “dobrym słowie”. Wydaje się jednak, że najważniejszym celem będzie pokazanie się, że Chiny chcą uczestniczyć w sprawach globu.

Olimpiada, oprócz środków finansowych z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, korzysta także ze sprzedaży praw do transmisji TV (ok. 53 proc.), biletów i sprzedaży pamiątek. Ogromne wpływy finansowe dają także sponsorzy (34 proc.), którymi są m.in.: Visa, Panasonic, Samsung czy McDonald’s. Co więcej, komitety organizacyjne olimpiady mają też własnych sponsorów. Chiny mają ich 35 i z tej współpracy uzyskały łącznie miliard dolarów. A zatem kapitał na przygotowanie igrzysk w Pekinie jest duży i pozostaje tylko cierpliwie czekać do 8 sierpnia.

Lektorzy pójdą w odstawkę?

Jeszcze dziesięć lat temu nie wyobrażaliśmy sobie oglądania filmu bez towarzystwa lektora tłumacza. Jednak jak podaje dzisiejszy “Dziennik”, ta sytuacja ulegnie zmianie, a napisy w anglojęzycznych formach pomogą Polakom szybciej opanować angielski. Jak zapewniają metodycy, dzięki biernej nauce dzieci przyswoją sobie język obcy jak ojczysty, a dorośli nauczą się nowych zwrotów.

Obecnie w polskiej telewizji tendencje do napisów są sporadyczne, a tradycyjnym sposobem tłumaczenia filmów, zarówno w telewizji publicznej, jak i prywatnej, jest czytający dialogi lektor. Według specjalistów przeciętny Polak spędza przed telewizorem kilka godzin dziennie, a ponad połowa tego czasu mija mu na oglądaniu filmów bądź programów anglojęzycznych. W skali roku to kilkaset godzin i jak przekonują metodycy nauk języków obcych, taka liczba to ogromny kapitał do wykorzystania. Dzięki metodzie passive learning osoba średnio znająca język jest w stanie opanować setki słówek i utartych zwrotów oraz wielokrotnie zwiększyć zdolność rozumienia ze słuchu.

Osobiście bardzo denerwuje mnie oglądanie filmów z lektorem, a szczególnie kiedy rozumiem, co mówią do mnie po angielsku, a pan lektor nie dość, że wmawia mi zupełnie inne wyrażenia, niż słyszę, to jeszcze się spóźnia i zagłusza dźwięk. Oczywiście nie krytykuję samych lektorów. Uważam, że to świetni fachowcy. Może powinni realizować swoje możliwości w polskich dubbingach?

Mimo wszystko uważam, że ktoś w końcu wpadł na świetny pomysł i wymyślił to, z czym już dawno nas Europa wyprzedziła. A i Polacy szybciej i łatwiej opanują angielski. Pomyślmy sobie: oglądamy całą rodziną “Rambo III”. I nie przeszkadza nam lektor. U dołu - dla chętnych - napisy w języku polskim i wszyscy są szczęśliwi. Każdy zadowolony ogląda film i czyta to, co go interesuje. I nie słucha natrętnego lektora. Czyż to nie piękne?

Samochodowa wojna promocyjna

Salony samochodowe przeżywają prawdziwe oblężenie - jednak nie klientów, ale… promocji. Jak podaje dzisiejszy “Dziennik”, w salonach roi się od wielotysięcznych rabatów, korzystnych ofert finansowania zakupu oraz bogatych pakietów wyposażeniowych. Sprzedawcy chcą w ten sposób powstrzymać spadek zainteresowania konsumentów nowymi autami. Ale to jeszcze nie wszystko, bo prawdziwy boom promocyjny ma nastąpić po wakacjach.

A wszystko przez silnego złotego. Spory spadek kursu euro (z 3,7 do ok. 3,2zł) sprawił, że klienci tylko częściowo skorzystali na mocnym złotym przy zakupie auta i stawiają na wzrost rabatów po wakacjach. Jak mówią specjaliści, najwięcej promocji będzie kierowanych do przedsiębiorstw, które zazwyczaj większe zakupy robią w drugiej połowie roku, jednak klienci indywidualni nie będą pokrzywdzeni.

Czyli teraz jak to będzie? Czy Polacy ruszą na salony samochodowe całymi rodzinami jak do supermarketu? I kiedy zobaczą kartkę z napisem “Uwaga rabat! - 5 tys. zł za Opla” , to kupią za jednym razem trzy, podobnie jak w sieciach handlowych ciągniemy jak muchy do miodu, kiedy nasze oczy ujrzą na szybie plakat “-70%”? Wszystko dobrze, tylko co na to polscy dealerzy?

Czarne chmury nad laptopami

Wygląda na to, że na razie kokosów ze sprzedaży laptopów nie będzie. W Polsce obserwujemy spadek popytu na przenośne komputery. Stacjonarne nadal sprzedają się nieźle, zaś ceny laptopów lekko idą w górę.

Nie sprawdziły się prognozy producentów, że sprzedaż laptopów wzrośnie o 50% w skali rocznej. Komputery stacjonarne są nadal w czubie i wydaje się, że taka sytuacja utrzyma się na rynku jeszcze przez kilka ładnych miesięcy.

I na nic się zdały obniżki cen laptopów (przed dwoma laty mogliśmy kupić za blisko 3 tys. zł, a na koniec ubiegłego roku już za ok. 2 tys.). Dzisiaj, w ulotce reklamowej jednej z sieci marketów ze sprzętem elektronicznym, widziałem pecety za około 1,7 tys. zł, z funkcjami, które z powodzeniem wystarczą do podstawowych czynności związanych z pracą na laptopie. Mimo to, sprzedawcy zgodnie twierdzą, że ich sprzedaż utrzymuje na poziomie ubiegłorocznym. Sęk właśnie w tym, że komputer stacjonarny o dobrych parametrach z monitorem LCD można kupić w cenie 1,5 – 1,7 tys. zł. Zbliżona cena, a i dzieciaki sobie chwalą desktopy, bo można łatwiej zainstalować gry i “pykać” sobie z kumplami w FIFA 2008.

Nie oznacza to, oczywiście, zaniku na półkach przenośnych komputerów, jednak wzrost ich sprzedaży będzie następował wolniej niż planowano. Jednak jeżeli tylko ich konstruktorom uda się opracować układy graficzne, podobne do stacjonarnych, to jestem pewien, że zdominują rynek elektroniczny.

Chopin i Piłsudski na sprzedaż

Warszawska Starówka roi się od plastikowych syrenek i Pałaców Kultury. Takie pamiątki fundują stoiska w stolicy. Tandeta, ale turyści kupują, bo nie mają większego wyboru. A do takiej Anglii czy Japonii jakiś souvenir zawieźć trzeba.

I takie kity wciskamy turystom! Chociaż nie wszędzie, przepraszam. Powodzeniem cieszą się jeszcze podobizny naszych bohaterów narodowych – Chopina i Piłsudskiego. Ale to i tak marne pocieszenie.

A wystarczyłoby tylko trochę pomyśleć. Co z tego, że studenci ASP dwoją się i troją w tworzeniu pamiątek “na bajerze”, skoro ich wylane poty trafiają tylko na konkursy organizowane przez Biuro Promocji Miasta? A czy nie fajnie byłoby kupić szefowi na imieniny, np. odstresowującą gumową piłkę do gniecenia w kształcie Pałacu Kultury lub syrenki czy kieliszek kulawkę dla teścia – naczynie, którego po napełnieniu trunkiem nie można już odstawić na stół? Ale po co studenci mają zarobić (sprzedaży swoich pamiątek zabrania im nasze prawo, mogą tylko rozdawać je na targach i zagranicznych ekspozycjach za darmo!) ? Lepiej wciskać ludziom obciachowe prezenciki. A potem dziwimy się, że śmieją się z nas w świecie…

Era komórek

Polacy z miesiąca na miesiąc kupują coraz więcej telefonów komórkowych. Według GUS-u w Polsce na jedną osobę przypada 1,09 telefonu. Dla całej Unii Europejskiej średnia wynosi 1,12 komórki na osobę. Dlaczego tak się dzieje?

Rozgadaliśmy się. Nawet będąc w sklepie na zakupach, widzimy i słyszymy osoby, które pytają przez komórkę, jaka będzie najlepsza herbata dla cioci, która jutro przyjedzie w odwiedziny. Rozmawiamy coraz dłużej przez komórki, a sieciom tylko w to graj. Wymyślają coraz korzystniejsze oferty (zarabiając przy tym sporo), by tylko przyciągnąć klientów. Świetny interes widzą w tym także producenci Marsa czy Snickersa, którzy tworzą własne sieci komórkowe. Może niedługo i fast foody założą własną sieć? A my, jak te mrówki za królową, pójdziemy do punktów sprzedaży i kupimy telefony, przebierając jak w ulęgałkach.

Kto w dzisiejszych czasach nie ma komórki? Każdy ma, bo nie mieć jej to po prostu obciach. Starsza kobieta na ulicy, młodzież – wszyscy z telefonem w ręku. Już w podstawówce dzieciaki wysyłają sobie na lekcjach SMS-y, że “pani wychowawczyni się kredą ubrudziła na bluzce”. Ba, maluchy przychodzą do przedszkola z komórą w kieszeni i szpanują.

Świat tak poszedł do przodu, że trudno jest sobie wyobrazić życie bez mobilnego telefonu. A sieci komórkowe zacierają ręce ze szczęścia. W końcu to superbiznes dla nich. Mimo tych wszystkich profitów posiadania komórki są i negatywne aspekty. Rozmowa przez telefon bardzo często zastępuje nam spotkanie z daną osobą, a skróty i brak kontroli nad ortografią w SMS-ach sprawiają, że duży odsetek młodych nie potrafi pisać - co widać po tegorocznej maturze z polskiego. Nie sądzę także, by niezbędne było edukować przedszkolaków w zakresie obsługi przenośnego telefonu.

Komórka - tak, ale z umiarem.