Bezsilna zawiść druku

Kataryna od paru lat podgrzewała temperaturę internetowej debaty. Dociekliwości i żelaznej logiki mógł jej pozazdrościć niejeden rasowy publicysta. Wpisy anonimowej blogerki generowały pewnie więcej odsłon niż wpisy opłacanych za to dziennikarzy na komercyjnych portalach utrzymywanych przez ich wydawców. Niektórych musiało to boleć. Bo to, za co oni brali pensje, Kataryna robiła “od niechcenia”, prawdopodobnie w pełni “misyjnie”, raczej nieodpłatnie i tylko na podstawie tekstów, które napisali inni. Tak właśnie zbudowała prawdziwą markę w cyberprzestrzeni. Czy gdyby okazało się, że jest - jak spekulowano - Kolendą-Zaleską albo Janem Rokitą - i pisała bloga pod takim nazwiskiem - rzesze internautów nie czytałyby jej z zapartym tchem? Trudno powiedzieć. Ale na pewno gazetom i zatrudnionym w nim dziennikarzom ciężko przełknąć fakt, że to anonimowe blogi, a nie ich “profesjonalne” internetowe popisy przyciągają widownię. I to jest pewnie ciekawszy problem niż dęta i akademicka nieco dyskusja o Katarynie jako ofierze “Dziennika” i o granicach etyki dziennikarskiej.
Na pewno słabe jest, że gazeta, która wcześniej przeprowadzała z nią wywiady i nie wierzę, że nie znała w związku z tym jej tożsamości, nagle porywa się na takiego “newsa”. Nad stylem, w jakim to zrobiła, poznęcali się - i słusznie - konkurenci z innych gazet, a nawet publicyści samego “Dziennika”. Ale prawdą jest, że to jednak świetny news i ja też, jako wścibski czytelnik, chciałam wiedzieć, kim jest Kataryna.
Rzecz w tym, że z całej tej ‘pisaniny wokół Kataryny’, jaką od paru dni uprawia “Dziennik”, przebija jakaś niezrozumiała dla mnie wściekłość i (?) zawiść wobec anonimowej blogerki. A komentarz Roberta Krasowskiego (http://www.dziennik.pl/opinie/article385781/List_otwarty_do_obroncow_Kataryny.html), z którym w wielu miejscach się zgadzam, w momencie gdy zestawia arcyintelektualną blogerkę z całą internetową hołotą - traci sens.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że całe to zdemaskowanie Kataryny jest jednak wyrazem przerażenia odchodzącego w niebyt świata “drukowanego” wobec imperium online i jego prawdziwej carycy.

Podatki offline

Męcząc się z opornie działającą aplikacją, sądziłam, że takich jak ja są miliony. A okazuje się, że zaledwie 89 tys. podatników spośród 20 mln zobowiązanych do złożenia zeznania skorzystało z pośrednictwa sieci. Moja ofiara s łużyła “sprawie”, bo przez ostatnie lata marnowałam po parę godzin w kolejkach, zazwyczaj 30 kwietnia, na Poczcie Głównej, pomstując na archaiczne procedury. I mam nadzieję, że ta ofiara nie pójdzie na marne, a w przyszłym roku znów wyślę PIT przez internet, ale tym razem zajmie mi to kwadrans, a nie parę godzin.

Nagi król online

Gdyby nie “płatne” gazety, “darmowe” portale nie miałyby skąd zasysać kontentu do swoich serwisów. Problem dyskutowany gorąco w branży prasowej analizuje dziś “Gazeta Prawna”. Informuje m.in. o inicjatywie amerykańskich wydawców, którzy mogą na tydzień wyłączyć swoje wydania internetowe i przekonać rynek, jak osłabłaby bez nich kondycja darmowych serwisów.
Content is the king - wiemy od dawna. Jednak, jak zauważa cytowany w “Gazecie Prawnej” Krzysztof Urbanowicz, gdyby portale zostały z dnia na dzień ogołocone z gazetowych treści, szybko okazałoby się, że król jest nagi.
Ciekawe, w którą stronę rozwinie się sytuacja - czy wydawcy, w obronie uciekających przychodów, odetną “tlen” portalom, czy może portale zainwestują w profesjonalne redakcje, uniezależniając się od gazet.
Na razie widać, że “content is the king”, ale można powiedzieć, że to “king without a kingdom”.

“WSJ” zbyt elastyczny

Nie mam złudzeń, gdy przeglądam zdjęcia kosmetyków polecanych przez pisma kobiece, że to nic więcej niż PR dokupiony (niestety, najczęściej przecież tak to się odbywa) do reklamy. Lektura opisów produktów w sekcjach “nowości” i tym podobnych, potwierdza te podejrzenia, bo zawierają one zdania żywcem wyjęte z materiałów promocyjnych. Ale to do czego przyzwyczaiły mnie kobiece plotkarskie magazyny, jest trudne do przyjęcia gdzie indziej.
I kiedy już kolejny weekend pod rząd w dodatku “The Wall Street Journal” do “Dziennika” nacinam się na artykuły promocyjne idealnie wpisujące się w skład gazety, niewyróżniające się czcionką, kolorystyką, niczym od redakcyjnych tekstów i dopiero informacja na dole tekstu wyjaśnia mi, że powstał we współpracy z ekspertami z firmy Apart - czuję ogromny niesmak. Tym bardziej, że za pierwszym razem z rozpędu przeczytałam cały, jakoś dziwnie pozytywny materiał traktujący o biżuterii, podpisany dopiero na dole w sposób, do którego czytelnik jeszcze się nie przyzwyczaił - że jest artykułem promocyjnym.
PR powinien korzystać z wartości, jaką oferują niezależne media, a te nie powinny się wysługiwać reklamodawcom narażając swój prestiż. Teksty w “The Wall Street Journal” od teraz zaczynam czytać od dołu, by upewnić się, że nie pisał ich żaden “ekspert”.

W publicznej TV bez zmian

SLD nie pomoże PO w przejęciu kontroli nad publicznymi mediami. Nieformalny sojusz postkomunistów z PIS obroni prezesury Urbańskiego i Czabańskiego, przynajmniej do czasu, gdy SLD otrzyma od PO propozycję udziału w medialnych łupach i otworzy furtkę do remanentu w Polskim Radiu i TVP.
Na razie kompromisu między misją a oglądalnością szukają namaszczeni jeszcze przez poprzednią ekipę włodarze publicznych mediów.

A jak donosi dzisiejszy “Dziennik”, owocem tego kompromisu może być np. wprowadzenie do jesiennej ramówki Jedynki “Singielek”, nowego reality show. W programie, opartym na skandynawskiej licencji, przebojowe samotne Polki wybierałyby sobie mężów. Zarząd stacji ma jednak dylemat, czy nie urządzi z TVP biura matrymonialnego. Obawy równoważy na szczęście przekonanie, że program miałby dużą społeczną wartość.
Pewnie nawet większą niż “Gwiazdy tańczą na lodzie”, na który warto było wydać pieniądze z abonamentu (bo uczy ludzi tańczyć - uzasadniła TVP2), a przygotowywana jest już kolejna edycja tego show. Oprócz jurorki Dody Elektrody ma w niej wystąpić Jola Rutowicz, kuriozalna uczestniczka “Big Brothera”, znana z anteny TV4. Tym razem, oprócz uczenia ludzi tańczyć, stacja wyraźnie postawiła więc na misję wyrównywania nierówności społecznych (5 minut z Jolą to próba tolerancji dla każdego widza z maturą) i dowartościowania odbiorcy.
Trudno powstrzymać się od ironii, ilekroć mowa o ramówkowych planach publicznej telewizji. Jak długo jeszcze jej domeną pozostanie lawirowanie między misją a komercją i co gorsze - niezależnością a upolitycznieniem? Gdyby PO zdołała to zmienić, zapisałaby się złotymi zgłoskami w historii polskich mediów. Nie wiadomo, czy tak naprawdę ma na to ochotę, wiadomo, że na razie nie ma szansy.

image0013.jpg

Althermedia z kibicami

Gdyby Howard Melton Webb chciał zrobić w Polsce kampanię wielkoformatową, to miałby problem. Althermedia, jeden z graczy tego rynku, już rozesłał do klientów informację “Tego Pana nie obsługujemy”, ze zdjęciem Webba. Trzeba przyznać, że świetnie wpisali się w nastroje nawet tak letnich kibiców jak ja.
Na tym nie koniec. Althermedia kilka godzin później złożył jeszcze ciekawszą propozycję rozgoroczonym kibicom, zapraszając ich do wpisania opinii o arbitrze Howardzie W. na Altherboardzie, czyli pneumatycznym nośniku ze swojego portfolio. Specjalnie z tej okazji, firma postawi go przy stacji metra Świętokrzyska, a gdy zostanie opisany, prześle tę litanią Howardowi pocztą.
Miejmy nadzieję, że branżowi kibice okażą się bardziej kulturalni niż internauci, którzy w nocy zdążyli już dopisać “laurkę” do opisu Howarda Webba na Wikipedii. Łysa łajza to najlżejszy z epitetów, jakie administrator zdążył już usunąć.

Pudelek analizuje rynek TV

Tabloidyzacja telewizji postępuje, a tym samym na coraz ważniejsze źródło branżowych newsów wyrasta plotkarski serwis Pudelek. Zainteresowany gwiazdkami popkultury przynajmniej tak samo jak wiodące stacje, serwis znęca się nad ramówkami TVN-u, TVP i Polsatu, analizując potknięcia prowadzących i uczestników telewizyjnych show, a także zdobywa ekskluzywne informacje o programowych planach stacji ściśle związanych z planami tabloidowych bohaterów.
Dziś Pudelek występuje także w roli analityka rynku TV, kategorycznie twierdząc, że wyczerpuje się formuła show z popisami wokalno-tanecznymi gwiazd (Pudelek ujmuje to oczywiście bardziej bezpośrednio: “ludzie znudzili się durnymi programami o śpiewaniu, jeżdżeniu i skakaniu”). Dowodem ma być ich “tragiczna” oglądalność.
TVP, jak podają Pudelek i inne media, w miejsce “Gwiazdy tańczą na lodzie” szykuje nowe show - “Walki chórów” z udziałem Piotra Rubika. Twórca sacro-polo wystąpi w nim prawdopodobnie jako juror. Pudelek z góry przekreśla szansy projektu (”Już się boimy i gasimy telewizory”). I przyznam, że tym razem trudno odmówić serwisowi legitymacji do ferowania eksperckich sądów. Na gwiazdach zna się jak mało kto.