“WSJ” zbyt elastyczny

Nie mam złudzeń, gdy przeglądam zdjęcia kosmetyków polecanych przez pisma kobiece, że to nic więcej niż PR dokupiony (niestety, najczęściej przecież tak to się odbywa) do reklamy. Lektura opisów produktów w sekcjach “nowości” i tym podobnych, potwierdza te podejrzenia, bo zawierają one zdania żywcem wyjęte z materiałów promocyjnych. Ale to do czego przyzwyczaiły mnie kobiece plotkarskie magazyny, jest trudne do przyjęcia gdzie indziej.
I kiedy już kolejny weekend pod rząd w dodatku “The Wall Street Journal” do “Dziennika” nacinam się na artykuły promocyjne idealnie wpisujące się w skład gazety, niewyróżniające się czcionką, kolorystyką, niczym od redakcyjnych tekstów i dopiero informacja na dole tekstu wyjaśnia mi, że powstał we współpracy z ekspertami z firmy Apart - czuję ogromny niesmak. Tym bardziej, że za pierwszym razem z rozpędu przeczytałam cały, jakoś dziwnie pozytywny materiał traktujący o biżuterii, podpisany dopiero na dole w sposób, do którego czytelnik jeszcze się nie przyzwyczaił - że jest artykułem promocyjnym.
PR powinien korzystać z wartości, jaką oferują niezależne media, a te nie powinny się wysługiwać reklamodawcom narażając swój prestiż. Teksty w “The Wall Street Journal” od teraz zaczynam czytać od dołu, by upewnić się, że nie pisał ich żaden “ekspert”.

W publicznej TV bez zmian

SLD nie pomoże PO w przejęciu kontroli nad publicznymi mediami. Nieformalny sojusz postkomunistów z PIS obroni prezesury Urbańskiego i Czabańskiego, przynajmniej do czasu, gdy SLD otrzyma od PO propozycję udziału w medialnych łupach i otworzy furtkę do remanentu w Polskim Radiu i TVP.
Na razie kompromisu między misją a oglądalnością szukają namaszczeni jeszcze przez poprzednią ekipę włodarze publicznych mediów.

A jak donosi dzisiejszy “Dziennik”, owocem tego kompromisu może być np. wprowadzenie do jesiennej ramówki Jedynki “Singielek”, nowego reality show. W programie, opartym na skandynawskiej licencji, przebojowe samotne Polki wybierałyby sobie mężów. Zarząd stacji ma jednak dylemat, czy nie urządzi z TVP biura matrymonialnego. Obawy równoważy na szczęście przekonanie, że program miałby dużą społeczną wartość.
Pewnie nawet większą niż “Gwiazdy tańczą na lodzie”, na który warto było wydać pieniądze z abonamentu (bo uczy ludzi tańczyć - uzasadniła TVP2), a przygotowywana jest już kolejna edycja tego show. Oprócz jurorki Dody Elektrody ma w niej wystąpić Jola Rutowicz, kuriozalna uczestniczka “Big Brothera”, znana z anteny TV4. Tym razem, oprócz uczenia ludzi tańczyć, stacja wyraźnie postawiła więc na misję wyrównywania nierówności społecznych (5 minut z Jolą to próba tolerancji dla każdego widza z maturą) i dowartościowania odbiorcy.
Trudno powstrzymać się od ironii, ilekroć mowa o ramówkowych planach publicznej telewizji. Jak długo jeszcze jej domeną pozostanie lawirowanie między misją a komercją i co gorsze - niezależnością a upolitycznieniem? Gdyby PO zdołała to zmienić, zapisałaby się złotymi zgłoskami w historii polskich mediów. Nie wiadomo, czy tak naprawdę ma na to ochotę, wiadomo, że na razie nie ma szansy.

image0013.jpg

Althermedia z kibicami

Gdyby Howard Melton Webb chciał zrobić w Polsce kampanię wielkoformatową, to miałby problem. Althermedia, jeden z graczy tego rynku, już rozesłał do klientów informację “Tego Pana nie obsługujemy”, ze zdjęciem Webba. Trzeba przyznać, że świetnie wpisali się w nastroje nawet tak letnich kibiców jak ja.
Na tym nie koniec. Althermedia kilka godzin później złożył jeszcze ciekawszą propozycję rozgoroczonym kibicom, zapraszając ich do wpisania opinii o arbitrze Howardzie W. na Altherboardzie, czyli pneumatycznym nośniku ze swojego portfolio. Specjalnie z tej okazji, firma postawi go przy stacji metra Świętokrzyska, a gdy zostanie opisany, prześle tę litanią Howardowi pocztą.
Miejmy nadzieję, że branżowi kibice okażą się bardziej kulturalni niż internauci, którzy w nocy zdążyli już dopisać “laurkę” do opisu Howarda Webba na Wikipedii. Łysa łajza to najlżejszy z epitetów, jakie administrator zdążył już usunąć.

Pudelek analizuje rynek TV

Tabloidyzacja telewizji postępuje, a tym samym na coraz ważniejsze źródło branżowych newsów wyrasta plotkarski serwis Pudelek. Zainteresowany gwiazdkami popkultury przynajmniej tak samo jak wiodące stacje, serwis znęca się nad ramówkami TVN-u, TVP i Polsatu, analizując potknięcia prowadzących i uczestników telewizyjnych show, a także zdobywa ekskluzywne informacje o programowych planach stacji ściśle związanych z planami tabloidowych bohaterów.
Dziś Pudelek występuje także w roli analityka rynku TV, kategorycznie twierdząc, że wyczerpuje się formuła show z popisami wokalno-tanecznymi gwiazd (Pudelek ujmuje to oczywiście bardziej bezpośrednio: “ludzie znudzili się durnymi programami o śpiewaniu, jeżdżeniu i skakaniu”). Dowodem ma być ich “tragiczna” oglądalność.
TVP, jak podają Pudelek i inne media, w miejsce “Gwiazdy tańczą na lodzie” szykuje nowe show - “Walki chórów” z udziałem Piotra Rubika. Twórca sacro-polo wystąpi w nim prawdopodobnie jako juror. Pudelek z góry przekreśla szansy projektu (”Już się boimy i gasimy telewizory”). I przyznam, że tym razem trudno odmówić serwisowi legitymacji do ferowania eksperckich sądów. Na gwiazdach zna się jak mało kto.

Krew, homoseksualiści i Suzuki

“Nie pobiorą krwi od geja” - krzyczy z okładki tytuł głównego tekstu dzisiejszego “Dziennika”. I ten krwiożerczy tytuł opatruje wielką reklamę Suzuki, która rozpościera się bezpośrednio pod nim ze zdjęciem 5-drzwiowej Grand Vitary.

Moja wybraźnia od razu podsunęła obraz ofiar wypadku, które rozbiły się Suzuki i nie dostały krwi od geja. A jeszcze, żeby było śmieszniej, samochód promuje się hasłem “Wybierz swoją drogę”, sugerując pewnie raczej wybór samochodu niż orientacji, ale można to i tak zrozumieć, szczególnie w związku z gejowskim kontekstem.

Z jednej strony to krzepi, że gazeta nie nagina potrzeb redakcyjnych do celów reklamodawców, a z drugiej stawia pytanie o sens promowania się w takim ryzykownym środowisku.

ps. Suzuki miało też szansę trafić na inne headline’y “Więcej za przejechanie na czerwonym”, “”Krakowskie będzie nieprzejezdne” czy “Kierowca spłonął podczas jazdy” (tytuły nieokładkowych tekstów z tego samego numeru). Z czworga złego, nie trafił więc może najgorzej.

Polowanie na plannera

Domy mediowe wciąż rekrutują na potęgę. Towar najwyższej potrzeby to średni szczebel plannerski, czyli ci od codziennej, żmudnej obsługi klienta. Telefony media plannerów wciąż dzwonią, a stawki idą w górę - proporcjonalnie do poziomu desperacji agencji i wielkości budżetu, który szczęśliwym trafem się u niej znalazł. Jak opowiadają znajomi media plannerzy, firmy rekrutacyjne uderzają masowo, dzwoniąc po kolei po wszystkich biurkach w danej agencji - jeden dziękuje, a jego kolega po minucie odbiera telefon od tego samego HR-owca. Propozycje bywają kuszące - jak wspomina znajomy z 3-letnim stażem i stanowiskiem media plannera, ostatnia propozycja opiewała na pensję media managera, a pakiet bonusów zawierał: komórkę, laptop, służbowy samochód, dwa języki obce i najlepszą siłownię w mieście. Zabrakło jednak chemii i do kontraktu nie doszło.
Szefowie agencji w prywatnych rozmowach utyskują na rozpuszczonych gówniarzy, którzy po 2 latach w branży chcą zarabiać więcej niż oni po pięciu, ale na koniec płacą, bo muszą.
8506998.jpg Z naszych fokusów i wywiadów realizowanych głównie na imprezach mediowych wynika, że wybredni media plannerzy coraz częściej poza wielkością pensji kierują się prestiżem marki i wizerunkiem potencjalnego pracodawcy.
W tym kontekście gratulacje dla Starcomu, który znów zdobył tytuł Najlepszego Pracodawcy, osiągając świetne wyniki w badaniu Hewitt Associates.
I na koniec - przykład dobrze stargetowanej kampanii rekrutacyjnej. Świadomość marki MediaCom budowana jest w niej poprzez liczne kontakty ze studentami SGH.

PR na krótkich nóżkach

Gdyby polegać na tym, co mówią o swoim powodzeniu w biznesie agencje reklamowe, okazałoby się, że rynek wzrósł w ub.r. przynajmniej o 30 proc., a większość firm w zasadzie nie mogła opędzić się od nowych klientów.
Poza nielicznymi wyjątkami agencje proszone o przesłanie list swoich nowych i utraconych budżetów piszą własną wersję biznesowej historii, która mówi wyłącznie o ich sukcesach. Przekonujemy się o tym każdego roku, pracując nad raportem o agencjach reklamowych i domach mediowych.
Lista new businessów, o które pytamy, zazwyczaj pęka w szwach, pamięć agencji jednak zawodzi, gdy chcemy ustalić, jakich klientów straciły. A gdy już pytamy o konkretne przypadki odnotowanych przez nas strat, okazuje się, że rozstanie z klientem X było przesądzone już rok wcześniej, więc nie należy go traktować jako straty ubiegłorocznej, nawet jeśli przetarg oficjalnie rozstrzygnął się np. w marcu danego roku. Co innego z sukcesami - jeśli przetarg rozstrzygnął się w 2006 i został już wtedy opisany, to i tak agencje domagają się, by traktować go jako sukces także w 2007, bo dopiero wtedy nastąpiły pierwsze realizacje.
Tym większa jest nasza wdzięczność i szacunek wobec tych, którzy nie ściemniają. Nie dlatego, że oszczędzają nam wysiłku przy wertowaniu archiwów naszych serwisów, ale dlatego, że pozwalają traktować się poważnie. Przypadki amnezji w przypadku strat i tak jeśli nie my, wyłapie ich wszystkowiedząca konkurencja. I po co komu taki PR na krótkich nóżkach?

Regulamin bloga