Nowa marka, stara idea
Zanim pojęcie „brand experience” na dobre zagościło na salonach rodzimego marketingu, badacze i stratedzy marketingowi podjęli próbę zniweczenia wysiłków tych, którzy promują ten termin. Rzeczywiście jest tak, że istnieje pewien zestaw pojęć, które umożliwiają „elokwentną” rozmowę marketingową. Ileż jednak razy można posługiwać się swojsko brzmiącymi terminami takimi jak „insight”, „equity” czy „unique selling proposition”. Czy przyszedł czas na „brand experience”? Tomasz Bartnik, chief strategic officer i wiceprezes zarządu Saatchi & Saatchi, nie ma wątpliwości, że to pojęcie niejasne, bardzo szerokie i nienowe. Oznacza bardzo wiele zjawisk i elementów marketingu i komunikacji marketingowej. Zatem wszystko i nic. Po co zatem w ogóle się nim interesować?
Polskie Towarzystwo Badania Rynku i Opinii włożyło ostatnio wiele wysiłku, żeby termin „brand experience” zdezawuować i odmówić mu większego sensu. W tym znaczeniu, że to przecież rzeczywiście nic nowego. Ileż to razy byliśmy w naszej krótkiej historii wolnego rynku epatowani kolejnymi etykietami, które dumnie posługiwały się pojęciem marketingu/komunikacji 360 stopni, podejściem holistycznym, zintegrowaną komunikacją marketingową czy punktami styku/touchpointami etc. Z reguły niewiele z tego wynikało. Poza tym że to nieźle brzmi i efektownie wygląda w prezentacji, ale dalej zaczynały się coraz większe problemy. Nawet najbardziej spektakularne strategie kończyły w koszu, bo kłopot z implementacją był ewidentny. Bo za drogo, bo zmierzyć wskaźnik zwrotu z inwestycji nie sposób, bo logistyka wydaje się przerastać największych speców od marketingu czy komunikacji. I kończyło się jak zwykle, czyli na 30-sekundowym spocie. Wydaje się jednak, że o brand experience będziemy wreszcie rozmawiać w nadchodzących czasach częściej niż zwykle. Z jednej prostej przyczyny. Klasyczne formy komunikacji z konsumentem podlegają coraz większym zmianom. Wszystko to, co dotąd wydawało nam się typowe, zostaje zawłaszczone przez internet i inne nowe media. Bob Garfield, znany z sal Cannes Lions czy z łamów „Advertising Age”, nieprzypadkowo zatytułował jeden ze swoich ostatnich tekstów słowami „Future may be brighter, but it’s apocalypse now”. I nie chodzi tu o „efekciarskość” tego tytułu, nawiązującego do fabuły kojarzonej z napalmem, Wagnerem i Marlonem Brando. Jesteśmy bowiem rzeczywiście u progu zmian, czy to się komuś podoba, czy nie. Według badań przeprowadzonych przez Microsoft w 2010 r. będziemy poświęcać więcej czasu na korzystanie z internetu niż na oglądanie telewizji. Chodzi o konsumpcję mediów w Europie. Jeżeli zostanie zachowana dotychczasowa dynamika wzrostu, to internet wyprzedzi telewizję dokładnie w czerwcu 2010 r. Wówczas Europejczyk będzie spędzał w internecie średnio 14,2 godz. tygodniowo (2,5 dnia miesięcznie), podczas gdy na oglądanie telewizji poświęci 11,5 godz. tygodniowo (2 dni miesięcznie).
Warto o takich zmianach rozmawiać, i to raczej tonem konstruktywnym. Na przykład podczas konferencji branżowych. W dobie rewolucji cyfrowej media czy marketing nie znikną z mapy biznesowych aktywności, jedynie znajdą nowe formy ekspresji. Nie bardzo wiem, czy jesteśmy na nie gotowi. Zmiany w sposobie myślenia gdzieniegdzie widać, ale moment przełomu jeszcze nie nastąpił. Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że już niedługo nic nie będzie takie samo jak dotąd. Zakład? Tylko o co?
