Eee… dziennik?

Cieszę się, że chlubny proces edukacji mam już za sobą. Ciężkie czasy nastały dla uczniów. Mianowicie polskie szkoły wprowadzają e-dziennik. Oznacza to, że rodzice będą mieli pełną kontrolę nad ocenami i uwagami swoich pociech. Nadszedł kres “ściemniania”, że wszystko jest w porządku, do czasu wywiadówki, gdy często okazywało się, iż jednak nie jest.

Postęp cywilizacyjny nie zawsze wychodzi człowiekowi naprzeciw, jak widać. Założę się, że niejeden uczeń przeklina dziś wynalezienie internetu, bez którego jeszcze niedawno nie wyobrażał sobie życia.

Rodzice na pewno się cieszą - przynajmniej będą coś wiedzieć na temat postępów naukowych swoich dzieci, bo dotychczas różnie to bywało. Wiem, przecież też kiedyś chodziłam do szkoły.

Światło w tunelu

Przeczytałam dziś w gazecie, że ponad 500 stacji benzynowych w Wlk. Brytanii może zostać w tym roku zamkniętych. Mniejsze placówki padają z powodu kryzysu kredytowego i nasilającej się wojny cenowej z sieciami super- i hipermarketów.

Sieci handlowe Morrisons i Asda zadeklarowały wczoraj obniżenie ceny benzyny bezołowiowej. I jest to ostatnia z serii obniżek ogłoszonych przez supermarkety w minionym miesiącu. Setkom stacji benzynowych sprzedaż spadła w ostatnich tygodniach o ponad 10 proc. A wszystko przez supermarkety, które kuszą znacząco niższymi cenami.

U nas, w kraju, gdzie zmiany cen benzyny można przyrównać do ruchu wahadełka, na nikim taki temat wrażenia nie robi. Permanentne podwyżki i obniżki cen paliwa, całkiem irracjonalne i nie do przewidzenia czy ogarnięcia zdrowym rozsądkiem, są u nas chlebem powszednim. Miejmy jednak nadzieję na światełko w tunelu, mianowicie - u nas też powstają stacje benzynowe pod szyldem hipermarketów. Może za parę lat będziemy świadkami kolejnego cudu nad Wisłą (i paroma innymi rzekami) - obniżki cen paliwa do kwot rozsądnych.

Sezon na optymistę

Gazety rozpisują się dziś na temat wzrostu płac - okazuje się, że w lipcu przeciętne wynagrodzenie w firmach wzrosło o 11,6 proc., co daje kwotę 3229 zł. Co więcej, zatrudnienie wzrosło o 4,7 proc. Super?

Zdaniem ekspertów wypowiadających się do owych gazet podwyżki płac związane są m.in. z tym, że przedsiębiorcy nadal mają trudności z zatrzymaniem w swoich firmach pracowników i pozyskiwaniem nowych, szczególnie w budownictwie i usługach. To akurat zrozumiałe - gros specjalistów siedzi już na Wyspach i nie pali się do powrotu. Apogeum szaleństwa przeżyłam na własnej skórze, gdy koleżanka szukała dobrej ekipy remontowej, a w efekcie nie znalazła żadnej, nawet złej. Oczekiwania panów “remonciarzy” były tak kuriozalne, że poddała się i postanowiła przeczekać. Czeka nadal.

Wzrost płac bez wątpienia cieszy obywateli. Nie wspomnę już o szacunku, który nabywa pracodawca do pracownika w świetle doniesień o problemach z zatrzymaniem człowieka w firmie czy rekrutacji kogoś nowego. Choć tu mocno się zastanawiam, bo od razu przychodzi mi na myśl inna koleżanka, która przeciętnie 3 razy w tygodniu rzuca “tę cholerną robotę”, a prezes dzień w dzień zasypuje ją gradem pretensji (bo nie dosypia, bo ma dziecko małe) niekoniecznie jej należnych. Pracy nie rzuciła, prezes nie przestał utyskiwać. O tym, aby dostała podwyżkę, nie słyszałam.

Jak zawsze i od początku świata - jednym się polepsza, innym nie. Miło jednak przeczytać, że coś ma tendencję wzrostową, nie spadkową, szczególnie zaś płace. Choć oczywiście część gazecianych ekspertów twierdzi, że korzystna z punktu widzenia pracowników sytuacja na rynku pracy będzie się pogarszać. Cóż, żyjemy w kraju optymistów…

Menedżerska wyprawka

Jak wynika z szacunków “Gazety Prawnej”, menedżer musi wydać co najmniej 11,5 tys. zł na skompletowanie stroju i wyposażenia biznesowego. Oczywiście, w zależności od osoby i jej możliwości finansowych wartość ta może być znacznie wyższa, gdyż “GP “wzięła pod uwagę ceny najbardziej uśrednione.

Czego potrzebuje menedżer w “nowym roku szkolnym”? Jak się okazuje, praktycznie wszystkiego - garnituru, butów, koszuli, krawata i torby. I oczywiście gadżetów (bo każdy menedżer to gadżeciarz) - telefonu komórkowego i laptopa, zegarka… Można by wymieniać w nieskończoność. Podobnie jest z paniami menedżerkami, zmienia się tylko nieznacznie lista niezbędnego ekwipunku. Cenowo plasuje się to na tym samym poziomie, a nawet nieco wyższym (wiadomo, kobiety…).

Menedżerowie już oblegają najdroższe sklepy i zaopatrują się w takie marki, jak Boss, Zegna czy Burberry. Póki sezon ogórkowy w pełnej krasie, należy uzupełnić wszelkie niedobory, aby nowy sezon przywitać w pełnym rynsztunku. Być może jest to odpowiedź na pytanie, gdzie polski menedżer spędza urlop - w centrum handlowym.

Daj się wylosować!

Myślę, że prawie każdy kojarzy reklamę funduszy emerytalnych, w której to odpoczywająca na kanapie pani zostaje brutalnie z niej wyrwana i złapania w kleszcze wielkiej “chwytaczki” (nie mam pomysłu, jak inaczej nazwać urządzenie przypominające to z automatów z pluszakami) przy akompaniamencie brzmiącego jak mantra hasła: “nie daj się wylosować”.

Otóż, jak się okazuje, powinno być całkiem na odwrót - daj sie wylosować, bo na tym skorzystasz. Na stronach Gazeta.pl widnieje materiał na temat strat, jakie ponieśli ci, którzy fundusz wybrali “własnoręcznie”. Okazuje się, że ci, którzy z wyborem się nie spieszyli, nic nie zyskali, ale też nie stracili.

Ciężko o morał. Nie sugerować się nadmiernie przekazem reklamowym? W tym wypadku mógł być korzystny, a że nie był, to nie jego wina, lecz spadków na warszawskim parkiecie. W ogóle nie przejmować się przekazem reklamowym? Jak widać, taka postawa popłaca, ale nie jest to regułą.

Jedno jest pewne - z wielu rzeczy, które być może przy okazji tej kampanii się nie udały, na pewno kreacja się udała. Reklama rzeczywiście jest zabawna, ze sporą dozą wewnętrznego dramatyzmu i zaskakującą puentą. Pani porwana przez wielką “chwytaczkę”, która uprzednio rujnuje jej mieszkanie, naprawdę mnie rozśmieszyła. Nie wiem, czy taki miał być efekt - zakładam, że nie - ale tak właśnie się stało.

Skazani na luksus

Zachwyciła mnie informacja, że z powodu wyjątkowo opiekuńczych wobec kryminalistów przepisów za kilkanaście lat większość hiszpańskich więzień ma wyglądać bardziej jak kurorty niż placówki karne. Modelowe rozwiązanie takowej “ciupy” testowane będzie w zakładzie karnym Lledoners. Założeniem architektów, którzy ów przybytek wznieśli, była idea, że odsiadujący tam wyrok przestępcy mają zapomnieć o tym, iż żyją w zamknięciu. W związku z tym budynek więzienny przypomina luksusowy kurort: zadrzewione aleje, basen, centrum kultury, boiska i widok na góry Montserrat. Do tego bloki z celami w kolorze ochry i piasku, aby nie wyróżniały się na tle gór. W części “usługowej” zakładu znajdą się szpital, warsztaty, basen czy boisko do gry w piłkę nożną.
Żyć nie umierać, rzec by się chciało. I nic, tylko odsiadywać kary.
Przyszła mi do głowy myśl, że skoro więzienia zamieniają się w pięciogwiazdkowe hotele, to takowe hotele mogłyby zamienić się w więzienia. Oferować swoim gościom turnusy spod znaku “pasiaka” i wszystkie atrakcje dostępne dotychczas tylko wybranym… przez system karny. Myślę, że tego typu atrakcje znalazłyby rzesze chętnych i spotkały się z dużym zainteresowaniem biur podróży mogących zaoferować swoim klientom bardzo nietypowe wakacje. W końcu świat przewrócił się do góry nogami. Słysząc o takich “więzieniach” jak w Hiszpanii, nie mam co do tego wątpliwości.

Jesteś pracoholikiem?

Jak wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego, 82 proc. pracowników zostaje w pracy po godzinach, prawie milion Polaków pracuje ponad 12 godz. dziennie, a blisko 1,2 mln osób ma więcej niż jedno miejsce pracy. Pracoholizm odbija się na naszym zdrowiu, związkach… i na jakości pracy.

Pracodawcy zapewne zakładają, że dłuższy czas pracy to lepsze wyniki ich firmy. Niektórzy nie przewidzą nawet, że pracownik przemęczony i sfrustrowany (na przykład rozpadającym się związkiem) to pracownik mniej wydajny.

Jak się okazuje, tylko 16 proc. zatrudnionych w Polsce jest zadowolonych z równowagi pracy z czasem wolnym. Dlatego Polacy mają największą depresję zawodową w Europie. Dla porównania w Danii zadowolonych jest 46 proc., zaś w Finlandii - 37 proc.

Nie wiem dlaczego, ale w tej chwili przyszło mi do głowy powiedzenie dla odmiany bardzo popularne w czasach, których nie pamiętam: “Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”. Chyba już mocno nieaktualne.

Szybki polski pociąg

Wystartował przetarg na zakup 20 tzw. zespolonych składów pociągowych mających osiągać prędkość od 190 do 250 km/h. Czyżby era jeżdżących w zawrotnym tempie pociągów PKP zbliżała się nieuchronnie ku końcowi?

Nowe pociągi mają być nie tylko znacznie bardziej komfortowe, lecz również o wiele szybsze, co zdaje się najważniejszą kwestią. Początkowo kursować będą na najbardziej obleganych trasach. W ten sposób kolej ma nie tylko zwiększyć przewagę konkurencyjną nad komunikacją samochodową, ale też “podebrać” klientów liniom lotniczym. Czyli cacy.

Kto nie jechał polskim pociągiem, nie zrozumie, dlaczego powyższa informacja może być dla niektórych niepokojąca, a nawet problematyczna. PKP, takie, jakim było zawsze, to element naszego krajobrazu i zapewne przyczyna wielu zabawnych wspomnień młodych i starszych Polaków. O podróżach polskimi pociągami powstawały legendy. Powstają i dziś, bo choć kolej poczyniła pewnie kilka znaczących kroków ku cywilizacji - do ideału wciąż daleko.

Trudno wyobrazić sobie, że kiedyś miałoby tego całkiem zabraknąć. Nowe tabory nowymi taborami, ale jak wyglądać będzie podróż po Polsce bez poczciwych “pośpiechów”, miejscówek w toalecie i szaleńczej walki o miejsce w przedziale? Zaczynam się bać. W świetle doniesień o rychłej modernizacji stołecznego Dworca Centralnego wieści o nowoczesnych pociągach mrożą krew w żyłach. Jesteśmy w Europie?

Regulamin bloga