Najgorsze spoty roku wg Guardiana

Dziennikarze działu mediów i reklamy „Guardiana” podsumowali dokonania reklamowe za rok 2008. Jako pierwsza ujrzała światło dzienne lista najgorszych spotów reklamowych minionego roku.

Bezapelacyjnym zwycięzcą okazał się koszmarnie drogi i dramatycznie nijaki spot reklamowy Gillette agencji BBDO z udziałem Rogera Federera, Tigera Woodsa i Thierry Henry’ego.

W opinii redakcji reklama Gillette jest przykładem na to jak wywalić w błoto „zyliony” dolarów na megagwiazdy grające swoje role z mniejszym wdziękiem niż kłody drewna. Kampania zapowiadana jako największa w 108-letniej historii firmy była komentowana na blogach jako, przekładając na niewybredny język polskiej blogosfery, „mieszanina krapu z szajsem”.

Spot jest faworytem w kilku innych plebiscytach na pomyłkę roku, z branżowym „Campaign” na czele.

Miejsca na podium uzupełniają reklama Specsavers agencji In House oraz Renault agencji Publicis.
W pierwszej z nich pod obraz Edith Piaf śpiewającej słynny przebój “Nie żałuję niczego” podłożono napisy z tłumaczeniem, iż jedyne, czego żałuje, to fakt, że nie kupiła okularów w Specsaversie. Dziennikarze uznali, że “tego się nie robi”.

Renault poszła zaś na skróty i zaprezentowała na anglojęzycznym rynku francuską reklamę „Cheque” z dubbingiem podłożonym tak źle, jak tylko się dało. W opinii Guardiana dało to efekt „na granicy wytrzymałości widzów”.

Pierwszą 10 uzupełniają:

4. Warburtons ze stereotypowym azjatyckim biznesmenem

5. Country Life z wokalistą Sex Pistols Johnem Lydonem

6. Kellogg’s z udziałem sportsmentki Kelly Holmes

7.Orangina z animowanymi zwierzątkami. Zdecydowanie nie dla dzieci (taniec przy rurce, wysokie obcasy, sceny z Flashdance, te sprawy…)

8.Premier Inn z brytyjskim komikiem Lenny Henrym

9. Samsung – z zatrudnionymi od czapy piłkarzami Chelsea

10.przeokropna reklama DFS z sofami nadnaturalnych rozmiarów i scenami jak z kiepskiego karaoke

Historia Lisów zatoczyła koło

Hanna Lis została wczoraj niespodziewanie odsunięta od prowadzenia głównego wydania “Wiadomości” w TVP1. “Dziennik” pisze, że stało się tak na skutek decyzji prezesa publicznej telewizji Andrzeja Urbańskiego, który wysłuchał próśb władz PiS i zawiesił niewygodną dla polityków tego ugrupowania dziennikarkę.

W oficjalnym komunikacie Aneta Wrona, rzeczniczka TVP potwierdziła informacje o zawieszeniu Hanny Lis, nie podała jednak powodu, dla którego tak się stało. Podobno odsunięcie jej od kierowania i prowadzenia głównego serwisu informacyjnego telewizyjnej Jedynki było próbą ratowania przez prezesa Urbańskiego własnego fotela.

Jeden z polityków PiS w rozmowie z “Dziennikiem” zdradził bowiem, że cierpliwość Jarosława Kaczyńskiego wobec osoby Andrzeja Urbańskiego się skończyła. Zwłaszcza po ostatnich zawirowaniach w Polskim Radiu. Kaczyński bowiem stracił do niego zaufanie już po zaangażowaniu Lisowej do “Wiadomości” , a czarę goryczy przelało to, że Urbański nie zapobiegł zmianom w Polskim Radiu, gdzie fotel prezesa stracił Krzysztof Czabański.

Hanna Lis o decyzji swoich przełożonych dowiedziała się od dziennikarzy. Do wczorajszego wieczora nikt z TVP do  niej nie zadzwonił.

Jak widać historia lubi zataczać koło. Mniej więcej rok temu również z powodów politycznych z wizji zniknął Tomasz Lis  w Polsacie. Wówczas pracująca  w stacji Solorza Hanna Lis stanęła po stronie męża i solidarnie z nim opuściła Polsat. Czy teraz  jej mąż postąpi solidarnie i nie poprowadzi swojego publicystycznego programu w poniedziałkowy wieczór na antenie TVP2?

To będzie nie tylko test zawodowej, dziennikarskiej solidarności, ale i - a może przede wszystkim - małżeńskiej.

Pożegnamy Erę

W przyszłym roku prawdopodobnie pożegnamy markę Era i powitamy T-mobile, donosi “Rzepa” .

Operacja rebrandingu ma być sfinalizowana do połowy 2009 r.  “Rzepa”zadaje pytanie - czy to się firmie będzie opłacać, skoro Era w tegorocznej edycji  rankingu najwartościowszych marek w Polsce okazała się najmocniejsza spośród polskich marek telekomunikacyjnych i szósta pod względem wartości w zestawieniu ogólnym.

Jak pokazał przykład Idei i Orange, rebranding miał ogromne, pozytywne znaczenie.  Zakorzenienie marki w umysłach polskich klientów było  bardzo kosztowne, ale jednak znacząco podniosło pozycję rynkową Orange i przysporzyło jej klientów.

Osobiście jestem żywo zainteresowana tym posunięciem ze strony Ery, ponieważ od narodzin telefonii komórkowej, jestem wierna temu operatorowi. Jeszcze nie wiem, czy T-mobile, to będzie ta marka, z którą będę chciała związać się na następne lata.  Na razie T-mobile nie wywołuje u mnie żadnych emocji. Jeżeli inni użytkownicy podzielają moje uczucia, to należy założyć, że akcja rebrandingowa będzie bardzo kosztowna, a przecież czeka nas co najmniej spowolnienie gospodarcze.

Anglik po polsku

Spodziewałam się, że kolejna odsłona kampanii BZ WBK z Johnem Cleesem nie będzie porażką, bo zepsuć coś mając do dyspozycji Cleese’a byłoby raczej trudno. Ale niestety potwierdza się teoria, że sequel nigdy nie dogoni pierwowzoru - świąteczna odsłona nie przebiła błyskotliwego “guten morgen”.

Trzeba jednak oddać pomysłowi sprawiedliwość - John Cleese przygotowujący świątecznego karpia jest również zabawny, koncept kreatywny zaś na poziomie. Z całości najbardziej zachwyca mnie mimika Cleese’a i ten specyficzny, pythonowski sposób mówienia. I nie wiem, czy przypadkiem nie jest to tak, że “kupilibyśmy” wszystko właśnie dlatego, iż podaje nam to Cleese w absurdalnym sosiku a la Hotel Zacisze. Gorzej mają ci, którzy Monty Pythona nie trawią - są tacy - bo ich najzwyczajniej w świecie John Cleese machający karpiem musi wkurzać nieopisanie.

Pomijając wszelkie aspekty reklamy z Johnem Cleesem, która dla mnie - wielbicielki Monty Pythona - jest jakimś tam wydarzeniem, jedno docenić trzeba. Mianowicie to, że w okresie cukierkowych filmików przedświątecznych - ukazujących zazwyczaj szczęśliwą familię, św. Mikołaja lub aromat kawy chodzący (bo jak to inaczej nazwać?) po domu - ciężkostrawnych, banalnych i nudnych zobaczyć coś, co o świętach mówi mniej sztampowo, z większym przymrużeniem oka i humorystycznie, a w dodatku jest reklamą to nie lada wydarzenie.

Biorąc całość w klamrę ogólnej refleksji przedświątecznej - niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego niektórym przed świętami palma odbija??? Mam na myśli to choinkowo-bombkowo-lampkowe szaleństwo na ulicach i w sklepach, które zaczyna się mniej więcej po święcie zmarłych na początku listopada. Czy niektórym należy przypomnieć, że Boże Narodzenie wypada co roku w ostatnich dniach grudnia? I inaczej nie będzie, nawet jeśli świąteczne kampanie reklamowe wystartują w czerwcu.

Chillout to nie wszystko

W 13 miastach ruszyła chilloutowo-jazzowa sieć radiowa Chilli Zet. Nadawca deklaruje, że będzie nowocześnie i inaczej niż u konkurencji. Pożyjemy - zobaczymy.

Pierwsze dni pokazują, że przymiotnik “jazzowa” to w strategii nowej sieci wyraz na wyrost. Swoje autorskie programy będą miały głównie osoby w żaden sposób nie kojarzące się z jazzem - w tym Andrzej Smolik, były muzyk Wilków i kompozytor niejazzowy oraz polonistka-stylistka Monika Jaruzelska. Z zespołu Chilli Zet z jazzem kojarzy się tylko Aga Zaryan, choć osobiście wolę ją w roli wokalistki, niż spikerki.

Pomysłodawca nowej sieci radiowej nie ukrywa, że profil muzyczny jest ważny, ale jeszcze istotniejszy jest cel biznesowy: dotrzeć do słuchaczy miejskich, może nawet nielicznych, ale z zasobnym portfelem.   Przypadek Radia PiN, które zresztą przy okazji debiutu konkurenta zapowiada rozbudowę swojej sieci podobnie profilowanej jak Chilli Zet,  pokazuje, że nawet nowoczesne radio to niełatwy kawałek chleba. Ktoś, kto dużo zarabia niekoniecznie musi być lojalnym słuchaczem, miłośnikiem chilloutu, czy muzyki w ogóle.

Z zainteresowaniem, choć bez uczuciowego zaangażowania, będę śledzić rozwój biznesu Chilli Zet i Radia PiN. Uczucia rezerwuję dla internetowej odsłony Jazz Radia (lub jak ktoś woli Radia Jazz), które wyparła z tradycyjnego rynku radiowego stacja Chilli Zet, co jako miłośnik jazzu długo będą pamiętał spółce Eurozet.

Słodka strategia Marsa

Mars Polska, producent m.in. słodyczy (Mars, Snickers) liczy na dwucyfrowy wzrost sprzedaży w przyszłym roku. Tak odważne deklaracje na łamach “Pulsu Biznesu” złożył Jarosław Świgulski, dyrektor generalny spółki.

Według udzielonych przez niego informacji, Mars ma w samej tylko Polsce osiągnąć sprzedaż netto na poziomie 800 mln zł, a w połączeniu z przychodami Wrigley Polska i Royal Canin Polska - obrót polskiej grupy Marsa może sięgnąc nawet 2,6 mld zł.

Śmigulski liczy, że przyszłoroczny wzrost sprzedaży będzie - podobnie jak w latach ostatnich - dwucyfrowy. Dlaczego w dobie kryzysu nie obawia się spadku? Bo jak mówi, segmenty w których działa Mars Polska (słodycze, karma dla zwierząt, gumy do żucia) są w Polsce wciąż mniej nasycone niż na rynkach zachodnich.

Nie dość tego, że dyrektor Śmigulski nie obawia się skutków recesji, to jeszcze liczy, że paradoksalnie kryzys jego firmie może pomóc. Twierdzi bowiem, że pogarszająca się sytuacja ekonomiczna spowoduje ograniczenie wydatków konsumentów na dobra luksusowe, mieszkania, samochody czy podróże. Ale nie zmusi ich do odmawiania sobie np. słodkich przyjemności.

W sumie ma trochę racji. Bo co często bywa najlepsze na chandrę? Oczywiście, że słodki batonik:)))Nim można sobie poprawić humor szybko i niedrogo. Przynajmniej na chwilę.

Kryzys kryzysem, a święta mają być sute

Przywiązanie Polaków do bogatych świąt jest znacznie mocniejsze niż myślenie o sytuacji gospodarczej kraju. Według dzisiejszego wydania “Rzeczpospolitej” w tym roku nasze wydatki na świąteczne zakupy wyniosą ok. 23 mld zł, co najmniej 10 proc. więcej niż w ub.r. 22 proc. Polaków deklaruje, że na  same prezenty wyda do 500 zł.

Wyniki badań instytutu Gfk pokazują, że tylko 23 proc. ankietowanych planuje zmniejszenie swoich wydatków na tegoroczne święta. Najczęściej kupowanymi prezentami są kosmetyki, słodycze, zabawki, ubrania, płyty i biżuteria.

Deklaracje respondentów Gfk pokazują, że dla Polaków święta są dużo ważniejsze od wszechogarniającej paniki przed kryzysem. A może stanowią ucieczkę przed nią.

Zielone światło dla publicznych rowerów

Warszawa, podobnie jak inne europejskie miasta, będzie dysponować systemem rowerów publicznych - donosi “Polska”. Co oznacza, że będzie możliwe odpłatne wypożyczenie roweru i przemieszczanie się nim w Śródmieściu oraz w przylegających bezpośrednio  dzielnicach. Docelowo na tym obszarze ma być zminimalizowany ruch samochodowy a rozwijany transport rowerowy.

Na ulicach Warszawy od razu ma się pojawić ok. 5 tys. publicznych rowerów. Wprowadzeniem i opieką nad systemem ma się zająć firma, która w zamian mogłaby użytkować billboardy na terenie miasta.

Korzystanie z roweru ma być darmowe  za pierwsze pół godziny używania.

Osobiście bardzo się cieszę, że także Warszawa będzie miała swój system wypożyczalni rowerów. Tego lata korzystałam z podobnego w Barcelonie i było to bardzo przyjemne doświadczenie. Świat znad ramy roweru wygląda całkiem inaczej, wydaje się bliższy, nie wspominając już o użyteczności i ekologiczności takiego rozwiązania.