Kozyra członkiem KRRiTV?

Robert Kozyra, obecny dyrektor programowy i prezes Radia Zet, otrzymał podobno od bliskiego otoczenia premiera Donalda Tuska propozycję objęcia stanowiska w nowej Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji - czytamy w “Dzienniku”. Nowej, bo tej, która ma zostać utworzona po wejściu w życie nowej ustawy medialnej. Ustawy, której nie zamierza jednak podpisać prezydent Lech Kaczyński i chce ją zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego.

Z informacji “Dziennika” wynika, że propozycję taką otrzymał również prof. Tadeusz Kowalski, który był jednym z autorów nowej ustawy o mediach, a wcześniej za prezesury Jana Dworaka pełnił funkcję szefa rady nadzorczej Telewizji Polskiej. Obaj panowie odmówili dziennikarzom gazety komentarza w tej sprawie. Pytani o to politycy Platformy Obywatelskiej też ucinają spekulacje, tłumacząc, że nie chcą stwarzać wrażenia, że partia obsadza już stanowiska w KRRiTV, mimo że ustawa jeszcze nie obowiązuje.

No cóż. Coś na rzeczy musi być. A może właśnie dzięki tej propozycji Robert Kozyra postanowił publicznie ogłosić, że już niebawem rezygnuje z kierowania Radiem Zet. Niby po to, by zająć się w strukturach Eurozetu nowymi projektami spółki, m.in. związanymi z telewizją. Posada w instytucji państwowej w randze ministra to całkiem łakomy kąsek. Zwłaszcza taka, która umożliwia rozdawanie kart na rynku, którego dotąd było się graczem. Dlatego nie zdziwiłoby mnie, gdyby za parę miesięcy - o ile ustawa w życie wejdzie - okazało się, że pan Kozyra w Radzie jednak jest.


dodajdo.com

Bezsilna zawiść druku

Kataryna od paru lat podgrzewała temperaturę internetowej debaty. Dociekliwości i żelaznej logiki mógł jej pozazdrościć niejeden rasowy publicysta. Wpisy anonimowej blogerki generowały pewnie więcej odsłon niż wpisy opłacanych za to dziennikarzy na komercyjnych portalach utrzymywanych przez ich wydawców. Niektórych musiało to boleć. Bo to, za co oni brali pensje, Kataryna robiła “od niechcenia”, prawdopodobnie w pełni “misyjnie”, raczej nieodpłatnie i tylko na podstawie tekstów, które napisali inni. Tak właśnie zbudowała prawdziwą markę w cyberprzestrzeni. Czy gdyby okazało się, że jest - jak spekulowano - Kolendą-Zaleską albo Janem Rokitą - i pisała bloga pod takim nazwiskiem - rzesze internautów nie czytałyby jej z zapartym tchem? Trudno powiedzieć. Ale na pewno gazetom i zatrudnionym w nim dziennikarzom ciężko przełknąć fakt, że to anonimowe blogi, a nie ich “profesjonalne” internetowe popisy przyciągają widownię. I to jest pewnie ciekawszy problem niż dęta i akademicka nieco dyskusja o Katarynie jako ofierze “Dziennika” i o granicach etyki dziennikarskiej.
Na pewno słabe jest, że gazeta, która wcześniej przeprowadzała z nią wywiady i nie wierzę, że nie znała w związku z tym jej tożsamości, nagle porywa się na takiego “newsa”. Nad stylem, w jakim to zrobiła, poznęcali się - i słusznie - konkurenci z innych gazet, a nawet publicyści samego “Dziennika”. Ale prawdą jest, że to jednak świetny news i ja też, jako wścibski czytelnik, chciałam wiedzieć, kim jest Kataryna.
Rzecz w tym, że z całej tej ‘pisaniny wokół Kataryny’, jaką od paru dni uprawia “Dziennik”, przebija jakaś niezrozumiała dla mnie wściekłość i (?) zawiść wobec anonimowej blogerki. A komentarz Roberta Krasowskiego (http://www.dziennik.pl/opinie/article385781/List_otwarty_do_obroncow_Kataryny.html), z którym w wielu miejscach się zgadzam, w momencie gdy zestawia arcyintelektualną blogerkę z całą internetową hołotą - traci sens.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że całe to zdemaskowanie Kataryny jest jednak wyrazem przerażenia odchodzącego w niebyt świata “drukowanego” wobec imperium online i jego prawdziwej carycy.


dodajdo.com

Nibyspowiedź prezesa

Józef Wancer, prezes Banku BPH, wyspowiadał się. Na łamach “Pulsu Biznesu”. Przypomnijmy: Wencer to bankier powszechnie uważany za promotora Katarzyny Niezgody, do niedawna wiceprezes banku Pekao SA, a prywatnie nadal partnerki Tomasza Kammela, byłego prezentera TVP i udziałowca w firmie Sparrow, która robiła szkolenia dla Pekao. Para miała zarobić na tych szkoleniach miliony złotych, a cała sprawa zyskała już nawet miano afery Kammelgate.
Teraz Józef Wancer przerwał milczenie i wyspowiadał się w gazecie biznesowej. Od razu zauważmy, że nie jest to spowiedź zbyt szczera. Nie ma tu ani wyznania winy, ani żalu, ani chęci poprawy. Jest pretensja do eks-wiceprezes Niezgody, że ukrywała przed spowiadającym się prywatno-biznesowe związki z Kammelem.
Doprawdy, taka spowiedź może dziwić, bo graniczy z naiwnością. Blaski i cienie związku Niezgody i Kammela to od lat tajemnica poliszynela.

Panie prezesie! Nie trzeba przebijać się przez raport giełdowe, portale finansowe i gazety biznesowe z najważniejszych rynków świata, by znać prywatno-biznesowe smaczki osób pośrednio i bezpośrednio powiązanych z sektorem bankowym. Ot, wystarczy raz na jakiś czas zajrzeć na portal plotkarski. Polecam Pudelek.pl.
Notabene dziś znów znaleźć tam można najnowsze doniesienia z życia Katarzyny Niezgody i Tomasza Kammela.


dodajdo.com

Konkurs na objaśnienie konkursu

Konia z rzędem temu, który zrozumie i wyjaśni mi związek między kulturą polską a… No właśnie - żeby zbudować napięcie, pochodzę trochę wokół tematu.

Promocja Polski - w Polsce i poza Polską - to jeden z  najmodniejszych ostatnio trendów w dziedzinie promowania. Wychwalać mamy co - jedni entuzjastycznie zaproponują wódkę, inni kiełbasę, jeszcze inni szeroko rozumianą kuchnię Polską. Są też tacy, którzy zachwalają krajobraz (znajomy po tygodniu w Egipcie stwierdził, że nie widział nic poza surowym piachem, choć nie była to wycieczka stacjonarna) i głęboko docenił bogactwo rodzimej fauny, flory i ukształtowania terenu.

Kultura polska też nie kuleje. Mam na myśli kulturę pojmowaną przez pryzmat sztuki - zdarzyło nam się paru wybitnych pisarzy, reżyserów, malarzy, architektów, aktorów. Gdyby ktoś wątpił, przytoczę choćby słynną polską szkołę filmową, która na kinematografii światowej niemałe odcisnęła piętno. Parę fundamentalnych dla historii ludzkości dzieł w kraju nad Wisłą też pewnie powstało.

Instytut Adama Mickiewicza ogłosił konkurs na gadżet promujący polską kulturę. Zwycięzcą okazał się… karabińczyk. Jeśli ktoś wyjaśni mi związek między tymi dwoma pojęciami, będę zobowiązana.


dodajdo.com

Piłka skopana

“Nie wystarczy tylko biegać lub trochę się starać, z naszym herbem na sercu trzeba zapier….” - z taką oryginalną rymowanką na koszulkach trenowali ostatnio piłkarze Górnika Zabrze. Zmusili ich do tego kibice, którzy w ten sposób zapragnęli zmotywować swoich pupili. Biorąc pod uwagę realia polskiej ligi piłki (s)kopanej, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że sponsor klubu - Allianz Polska - uważa, że wszystko jest w porządku. Oficjalnie.

Według Michaela Muellera, wiceprezesa Allianz Polska i szefa rady nadzorczej Górnika, fani nie przekroczyli granicy, a zawodnicy, którzy grają dla Górnika, muszą wiedzieć, że dumnie jest nosić herb tego klubu na sercu. Ze strony internetowej Górnika zniknął jednak tekst opisujący całe zdarzenie, wniosek więc taki, że wizerunek marki nieco ucierpiał. Allianz jest niepierwszym i zapewne nieostatnim brandem, którego spotkał taki los na rodzimych boiskach.

W takich sytuacjach zawsze przypominam sobie argumenty, którymi zarządzająca rozgrywkami Ekstraklasa SA tłumaczyła podbijanie stawki w rozmowach z Orange, niedoszłym sponsorem ligi. Przedstawiciele Ekstraklasy tłumaczyli, że liga to produkt wysoce jakościowy, a marka może dzięki niemu tylko zyskać. Zdarzenie z Zabrza pokazało jednak, że jest dokładnie odwrotnie i piszę to z nieukrywanym smutkiem. Po raz kolejny okazało się bowiem, że w polskiej piłce, zarówno na meczach, jak i treningach, wciąż wszyscy mogą wszystko. To smutne.


dodajdo.com

Po 50. myśli się tylko o wcześniejszej emeryturze

W ostatnim czasie dzienniki “wzięły na ząb” tzw. dojrzałych Polaków. Niedawno “Gazeta Wyborcza” wprowadziła strony “Lata lecą”. W tym samym dniu (w środy) do “Polski” dołączany jest “Tygodnik 50+”.

Chwali się wydawcom, że zaczynają myśleć nieco szerzej niż tylko o młodych, ambitnych yuppie. Przecież oni także w końcu będą mieli te 50. lat. Rozczarowuje jednak zawartość. Oba suplementy mocno skupiają się nad jednym tematem - co zrobić, aby pójść na wcześniejszą emeryturę. Czy tylko tym interesują się dzisiejsi 50-latkowie?

Mam ogromną nadzieję, że nie. W obecnej sytuacji gospodarczej raczej powinniśmy zachęcać do większej aktywności zawodowej, niż tworzyć nową rzeszę emerytów i tak dość liczną w naszym kochanym kraju.


dodajdo.com

Sądy faworyzują celebrytów

Agnieszka Niewińska na łamach “Rzeczpospolitej” próbuje udowodnić, że sądy lepiej traktują celebrytów. Wnioski takie wysnuwa po analizie kilku procesów z udziałem gwiazd, m.in. Justyny Steczkowskiej, Edyty Górniak czy Anny Muchy.

Steczkowskiej przyznano 80 tys. zł odszkodowania za zdjęcie jej nagiej na plaży. Mucha dostała 75 tys. zł odszkodowania za zdjęcie topless, a Górniak podobną sumę za serię zdjęć z jej pobytu w szpitalu w Łomży.

Dziennikarka zastanawia się, jak to jest, że gwiazda dostaje kilkadziesiąt tysięcy złotych odszkodowania za zdjęcie zrobione jej z ukrycia i jej proces odbywa się w zawrotnym tempie, a zwykły człowiek, którego niesłusznie oskarżono i wsadzono do więzienia, jedynie kilka tysięcy zadośćuczynienia.

Wojciech Burszta, kulturoznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, wprost stwierdza, że celebrytom przed sądem jest łatwiej, bo: ich sprawom towarzyszy szum medialny, ich procesy śledzą media, a sądy tych się boją. Prof. Włodzimierz Wróbel, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego, uspokaja i pociesza na łamach “Rz” Polaków. Stwierdza, że odszkodowania dla gwiazd nie będą wyższe, bo już są zbliżone do tych zasądzanych na świecie. Teraz będą zrównywać się ze światowymi te zasądzane zwykłym obywatelom.

Pytanie: kiedy do tego dojdzie? I czemu dobra osobiste czy prywatność celebryta czy celebrytki mają w oczach sądów wyższą wartość niż godność zwykłych ludzi? Zastanawia mnie, według jakiego prawa teksty i zdjęcia wskazujące na to, że Doda była na jakiejś tam imprezie bez majtek, są warte więcej niż godność człowieka, który wiele miesięcy spędził niesłusznie oskarżony w areszcie? Co bardziej urąga ludzkiej godności: brak majtek czy długi czas spędzony z dala od rodziny za kratkami w takim, a nie innym otoczeniu? Te pytania powinny zostać bez odpowiedzi i dać do myślenia odpowiednim osobom. Bo to już totalne kuriozum.


dodajdo.com

Socekonomia według “Gazety Wyborczej”

Doprawdy nie wiem, co się stało z działem gospodarczym “Gazety Wyborczej”. Świętujący 20-lecie dziennik dość znacząco przebudował zawartość gazety. Niestety, zmiany objęły także kolumny gospodarcze.
Nie wiem, czy to efekt przemyślanej strategii wydawcy, czy owoc zwolnień grupowych w Agorze, ale w ostatnich tygodniach rubryki gospodarcze “Gazety” prezentują się wyjątkowo słabo. Nacisk położono na wątki socjalne, które zapewne mają wzmocnić nadzieję czytelników odczuwających kryzys, ale dzieje się to niestety kosztem jakości informacji w dziale gospodarczym.
Być może po akcjach społecznych “Rodzić po ludzku” i “Umierać po ludzku”, które złośliwi nazywali odpowiednio “Rodzić z Gazetą” i “Umierać z Gazetą”, wydawca promuje kolejną - “Przetrwać kryzys po ludzku”. Efekt - od wartości merytorycznej po layout - jak na razie jest jednak mizerny. Doprawdy, porady dla Kowalskiego i Polski od prezesów Capital Strategy i BZ WBK, doradcy PriceWaterhouseCoopers czy partnera Ernst & Young są po prostu bałamutne.
Jedynym tekstem, który ma głębszy sens, jest dziś wywiad z ojcem Wiesławem Dawidowskim, augustianinem, który przekonuje, że nie wszyscy umieją pomnażać pieniądze.
A skoro już o. Dawidowski został autorem ekonomicznym “Gazety”, może warto, by kierownictwo dziennika i działu ekonomicznego poprosiło go o modlitwę o cud - cud przemiany w dziale gospodarczym “Gazety Wyborczej” - przemiany wody w wino.


dodajdo.com